niedziela, 31 marca 2013

Parę słów o koncepcji autora na blogowanie. Blog minimalisty, czy supermarket tematów?

Święta zwykle dają trochę więcej czasu na przemyślenia i czasem realizację swoich blogowych zamiarów. Dzisiaj parę słów o moich blogach i wizjach twórczości. Część 1.

Przede wszystkim odpowiedź na pytanie, które słyszę więcej niż często. Jak to jest, że "minimalista" ma 10 blogów? Czy nie przeczy to idei minimalizmu?

Otóż moi drodzy, według mnie minimalizm to nie tylko pewna skromność, ale i pewne uporządkowanie przestrzeni. Minimalistą, czy autorem oszczędnościowym także nie jestem na pełen etat. Istnieje życie poza tą tematyką.

Czy minimalistyczne jest wrzucanie na jednym blogu w tempie 1-2 postów dziennie:
- analizy kiszkowatej oferty jakiegoś e-banku (oszczędność)
- przemyślenia o działaniu kozieradki na wydajność (sport i fitness)
- rozmyślania o najlepszej oliwie (dieta)
- recenzje krótkofalówek (technologia)
- analiza stabilności dystrybucji Debian (informatyka)

... i tak dalej...

Nie! Takie blogowanie, wrzucenie wszystkiego do jednego wora, według mnie nie ma nic wspólnego z minimalizmem i oszczędnością, o dobrym smaku już nie mówiąc.

Czy mam oczekiwać od czytelniczki zainteresowanej domowymi oszczędnościami nurkowania w moich przemyśleniach na temat modularyzacji jądra Linux?

Nie. To by było po prostu głupie.

Stad podział tematyczny mojego bloga,  piszę "bloga", bo cały panel blogspot uznaję za JEDEN BLOG. Tak moi kochani, uważam, że funkcjonalnie ja mam JEDEN BLOG, tyle że podzielony na różne wątki tematyczne.

Teraz po unifikacji wyglądu i działania wszystkich moich pod-blogów (zerknijcie na nowe menu pod tytułem) mam nadzieję, że to stanie się dla wszystkich jasne.

Wesołych Świąt :)

Działalność autora między pisaniem postów, a rozmowami z rodziną, w ten wiosenny, świąteczny weekend.

piątek, 29 marca 2013

Minimalizm w szafie dziecięcej

Kilka ubrań na kilka miesięcy, a może lat dziecka - brzmi nierealnie?
Niekoniecznie.

Ponad rok temu, kupiłam maszynę do szycia Silver Crest - niecałe 400 zł w Lidlu. Jest jedną z najtańszych, a jednocześnie solidniejszych, ponieważ posiada metalowe wnętrze.
Kupiłam i co z tego? "Jak ktoś umie to se może".
A właśnie - nigdy wcześniej nie miałam żadnej maszyny w rękach, ba! Nawet nie stałam koło krawcowej w trakcie szycia. Wzięłam instrukcję i zaczęłam się uczyć sama, jak przeciągnąć nitkę, jak założyć igłę. Godzinka.
Na początek wystarczyły dwa ściegi - prosty do zszywania i zygzakowy, by się brzegi nie strzępiły.
I właściwie na tym można poprzestać.

A jakie zyski? Jakby policzyć sam zakup nowych spodni dla 6-latka... Maszyna zwróciła się w tydzień.
Mój syn potrafił przez ponad tydzień przychodzić ze szkoły codziennie z dziurą na kolanie albo i dwóch - w klasie panowała moda na ślizg kolanowy. I co, wyrzucać?
Młodszy miał nieestetyczne niespieralne już plamy z marchewki, soczków, deserków, maści leczniczych.

Do tego obaj - polecę banałem - rosną jak na drożdżach, wyrastają w kilka miesięcy, a zdarza się, że i tygodni ze swych rozmiarów.

Do tego wieczny kłopot z pojemnością szaf.

Plama, dziura co za pech!

 Odkąd mam maszynę, na plamy naszywam aplikacje wycięte z wesołej zasłonki, czy nie używanej pościeli (można kupić też gotowe, ale zwykle są sztywniejsze i trudniej przeszywać)

Na dziury w spodniach, naszywam podobne aplikacje, lecz z nieco grubszych materiałów lub całe kieszenie odprute z nieużywanych już dżinsów.

Rajstopkom, z których wyrosło dziecko, ucinam stopki, podwijam brzeg, przeszywam i już są kalesony/legginsy w których można pochodzić jeszcze z rok.

Spodnie wybieram w większym rozmiarze - jeśli są za duże na dziecko - wystarczy podszyć nogawki, a gdy do nich dorośnie - podszycie odpruć. W niektórych udaje się jeszcze rozpruć oryginalny zakład, co często daje nam centymetr dodatkowej długości i kolejne parę miesięcy noszenia. Góra zwykle jest regulowana gumką lub paskiem. Za dużym dresom można wszyć w nogawkach też gumkę - dzięki temu nie przydeptują się i wyglądają naturalnie.

Sweterki i koszulki mają tendencje do rozciągania się w praniu, zwłaszcza jeśli nie posiada się siatkowanego worka do prania - dzięki maszynie łatwo zwęzić przeszyciem boki - to tylko dwa przesunięcia wzdłuż krawędzi.


Dzieci są szczęśliwe.

Maluchy przyzwyczajają się do swych ubrań i nie lubią z nimi rozstawać, a i każda nowa aplikacja - ciuchcia, samochód z ulicą, misiek, głowa Spidermana, to dla nich prawdziwa frajda, nawet jesli coś się w trakcie podszywania przekrzywi, jeśli to kształty bardziej umowne...


Ile zaoszczędziłam pieniędzy nie kupując wciąż nowych ubrań, ile miejsca w szafie, nie dopasowując co sezon rozmiarów? Któż to wie. A przecież ta sama maszyna obszywa i moje ubrania i firanki i zasłonki, jak tylko przyjdzie mi na to ochota.

Autorką artykułu jest Baba ze wsi

Zapraszam także na artykuł autorki:

Sport dla leniwych - aqua fitness

 

środa, 27 marca 2013

Wyrzucanie śmieci poremontowych do lasu - dzikie wysypiska śmieci.

Pewien znajomy w chwili szczerości zaczął przekonywać mnie i argumentować, dlaczego śmieci poremontowe warto wyrzucać do lasu. Oczywiście nie bezpośrednio w lesie pod domem, bo jak to tak nieporządek robić? No nie wypada, przecież on żadnym syfiarzem nie jest! Ale już w lasku przy następnej wiosce można!


Otóż znajomy stwierdził, że dogadywanie się za każdym razem ze śmieciarzami jest uciążliwe, śmieciarze się coraz bardziej zaczynają cenić i wołać więcej "Panie, na browara" za zabranie ekstra śmieci poza umową. Zamówić na stałe kontener to drogo. A co mu grozi za wyrzucenie śmieci do lasu? Praktycznie nic!

Podjechać, siup worki w rów i rura.  A jak go złapią?! No to co? Nawet policzyć to 500 zł mandatu to i tak wyjdzie taniej niż ciągłe dorabianie się ze śmieciarzami, a poza tym można się jeszcze z policjantem/strażnikiem próbować dogadać...


No i macie wyjaśnienie, dlaczego nasze lasy wyglądają jak wyglądają. Oczywiście domyślacie się mojej dezaprobaty i wybijania z głowy znajomemu tego pomysłu.

Rozmawiałem o sytuacji z innym kolegą, który też buduje/remontuje dom. On miał podobny problem - zapakował jednak swoje śmieci na przyczepkę, pojechał na gminne wysypisko śmieci - cieć zważył przyczepkę - zainkasował bodajże 16 zł - zrzucili gruz... i to wszystko. Czy to nie jest idealne rozwiązanie? Według mnie - jak najbardziej.

poniedziałek, 25 marca 2013

Mój ojciec a minimalizm - oraz nowy blog.

Byłem wczoraj o Ojca. Ojciec ma wypaśny dom na przedmieściu, nowe auto, super luksusy i komfort... i ojciec zaczął chorować na tzw. "choroby cywilizacyjne".

OK, mówi, mam wszystko i wszędzie wożę cztery litery samochodem - samochód dom, samochód, dom, i tak dalej... zero marszu, zero ruchu.

Jeśli tylko wozisz pupę i nie masz ruchu - zaczynasz chorować.

Taka jest prawda i nie zmienicie faktów.


I ja nie zrobię też formy i nie zachowam zdrowia siedząc przy Facebooku, dlatego w tej chwili zamykam klapę laptopa i idę się poruszać.

A na moim nowym blogu (a właściwie starym w innej odsłonie) możecie zobaczyć Autora i parę ciekawostek.

P.S. Ostatnio spodobał mi się blog w klimatach oszczędnościowych i go wam też polecam: http://pyzolinda.blogspot.com/2013/03/pomys-za-grosik.html


piątek, 22 marca 2013

Silownia w domu, czy chodzenie do klubu?

Jak pisałem na blogu głównym sprzedałem większość ciężkiego sprzętu z mojej prywatnej siłowni domowej.

Faktycznie można powiedzieć, że do reszty zlikwidowałem swoją siłownię, pozostały mi małe hantle, ekspandery, akcesoria, generalnie rzeczy lekkie które można zapakować w jedną walizkę w razie ew. przeprowadzki.

 
Kiedy warto założyć własną siłownię?

Jeśli posiadamy wiele miejsca, z którym nie wiadomo co zrobić, a jednocześnie lubimy ćwiczenia, to uważam, że super pomysłem jest zorganizowanie sobie własnej siłowni.

- nie jesteśmy od nikogo zależni, ćwiczymy kiedy chcemy
- przy podstawowym wyposażeniu koszt zwraca się dość szybko
- nawet jeśli posiadamy karnet na siłownię zewnętrzną na minimalną ilość wejść, lub w godzinach "premium", to dla zachowania ciągłości treningów i tak warto mieć własną siłownię

Kiedy nie warto?

Kiedy mamy mało cennego miejsca (z uwagi na rozwój mojej firmy musiałem oddać extra pomieszczenie na cele biurowe), kiedy tuż obok jest nowa fajna siłownia, z fajnymi ludźmi (moja: Siłownia Lubin), z której mogę skorzystać w dobrej cenie.

Kiedy chcemy być bardziej mobilni - przeprowadzka siłowni to karkołomne zadanie i kupa żelastwa i akcesoriów do przenoszenia.

A co u mnie?

Powiem wam, że zwolniło się także trochę miejsca w schowkach, jestem mile zaskoczony jak wiele. Dzięki temu nie będę musiał kupować dodatkowej szafki za minimum 150 zł. Do moich zysków ze sprzedaży dochodzi ta oszczędność...

...a tak w ogóle to wiecie zapewne, że prowadzę drugiego bloga pt. Siłownia & Fitness i pomagam kumplowi w promocji firmy: Sklep Sportowy Lubin


P.S. Tak, te linki to jest reklama, by pomóc w promocji tej siłowni. Pozdrawiam.

piątek, 15 marca 2013

Dzieci a oszczędzanie

Jak do minimalizmu ma się wychowywanie dzieci? Czy decydując się na dziecko musimy 'lecieć w lans' oraz w nadmierną konsumpcję? Jakie zabawki kupić dziecku, aby doszczętnie nie zagracić mieszkania? Jak nie wychować dziecka na konsumpcyjnego-wiecznie nienasyconego bachora?


Ostatnio jedna z koleżanek autorek pochyliła się nad tematem dzieci. Polecam dwa wpisy:

poniedziałek, 11 marca 2013

Rat bike, czyli lans minimalizmu.

Nieczęsto używam anglicyzmów na blogach, ale tym razem się pokuszę. Komentator w poprzednim poście zauważył, że rat car także jest swojego rodzaju lansem, może i tak. Rat car wziął się z niczego innego jak minimalistycznej koncepcji Rat bike ewentualnie inspirowanej hot rod'ami.

Lecimy zatem: "The concept of keeping a motorcycle in at least minimally operational condition without consideration for appearance has probably characterized motorcycle ownership since its earliest days"

Translatory w ruch :)



Niektóre z rat bikes wyewoluowały w bardziej lanserski minimalizm, a wręcz w Dark Future czy styl Mad Max, czyli Survival Bike:



Jednak cały czas to minimalizm w stylu, to nie jest kwestia zasobów finansowych, ale raczej pewnej kontrkultury w stosunku do komercji, konsumpcjonizmu, orientacji na kasę. To pokazanie środkowego palca tej chorej gonitwie za pieniądzem.

niedziela, 10 marca 2013

Rat Cars - czyli minimalizm wojujący.

Koncepcja "Rat Car" to anty-tuning, anty-lans to jest po prostu taki minimalizm wojujący. Oczywiście w tym trendzie jest ważne zachowanie sprawności technicznej i użytkowej pojazdu, całą resztę się wręcz celowo degraduje - wszelki aspekt lansu, wszelkie pozerstwo....





P.S. Nad tym krokiem zastanawiałem się od kilku miesięcy, nie chciałem postępować pochopnie i robić czegoś niepotrzebnego. Ajka poradziła, że może to być sensowne, dlatego założyłem konto Realny Minimalizm na Facebooku.


piątek, 8 marca 2013

Minimalistyczne pranie bez pralki.

Kilka razy na blogosferze promowałem minimalistyczne, ekologiczne i wygodne pranie dywanów i tekstyliów domowych bez pralki.

Dziś puszczę wam kilka fotek jak w rzeczywistości takie pranie wygląda. Nie jestem typem fotomaniaka, który fotografuje każdy aspekt swojego życia, ale akurat znalazłem kabel usb do komórki więc... proszę bardzo:




Brud jaki pozostaje po takim praniu na śniegu jest widoczny nawet bez powiększenia fotki.

czwartek, 7 marca 2013

niedziela, 3 marca 2013

Zupełna rezygnacja z kofeiny (kawy).

Do tego kroku przekonał mnie nie kto inny, a kolega z firmy XLINE, z którą teraz wspólnie organizuje mini-candy (swoją drogą fajna książka do wygrania). Kolega na którymś szkoleniu zetknął się z jakimś mocnym guru od zarządzania i marketingu, który z kawy, kofeiny, red bullów i innych cudów po prostu zrezygnował i odkrył, że po tym funkcjonuje efektywniej.


I powiem wam, że jest to szczera prawda!!!

Wyobraźcie sobie, że ja teraz rankiem, kiedy oczy się jeszcze kleją i ciężko ruszyć piję po prostu filiżankę kawy zbożowej, albo gorzkiego kakao - bez cukru!!! Jestem po tym jak nowo narodzony, pełen energii i zupełnie bez kofeinowego głodu, który każe wypić kolejną filiżankę kawy, potem kolejną i jeszcze raz, a potem w locie red bulla, a w końcu dochodzi do tego, że człowiek jest wykończony, rozdygotany od kofeiny, a i tak się oczy kleją.

Jestem od tego wolny - odwyk trwa dokładnie około 7 dni, potem organizm zupełnie tak samo budzi się po filiżance ciepłej cykorii czy inki, jak i po shocie red bulla czy mocnym espresso!