Za każdym razem uderza tak samo mocno. Za każdym razem budzi konsternacje. Za każdym razem wywołuje niemały niesmak. Choć krajobraz nie ulega zmianom, ja nie potrafię się do tego obrazu przyzwyczaić. Nie zwracać na niego uwagi, nie zauważać jego brzydoty. Nie przeklinać gospodarzy miast i ludzi odpowiedzialnych za zagospodarowanie przestrzenne nie tylko całych miast, miasteczek czy wsi, ale też osiedli domków, mieszkań, aż w końcu pojedynczych domów i mieszkań szanownych Kowalskich. Polaków z krwi i kości. Polaków, którzy na lekcjach plastyki odrabiali zadania z matematyki (jak umysł ścisły był), z języka polskiego bądź historii (jak umysł oporny na matematyczne szlaczki). Polaków, którzy nie potrafią spojrzeć na osiedle z innej perspektywy niż swoja własna. Pal licho, że jego kuchenne okno wychodzi na pustą ścianę sąsiedniego bloku, a z jej balkonu nie można podziwiać niczego poza garażem znienawidzony sąsiadów za ściany. Ot, to efekt, a nie przyczyna. Raz po raz wraca do mnie...