poniedziałek, 29 października 2012

Pozerstwo w sieci i udawanie kogoś innego.

Wczoraj w prywatnej rozmowie z pewną miłą osobą pojawił się wątek budowania sobie tożsamości w internecie. To jest względnie łatwe - jeśli chcesz to przybierasz miło brzmiący nick, kontrolujesz się, wpisujesz się w dane środowisko - tworzysz sobie alternatywne życie, które może być zupełnie różne niż to co masz na co dzień.



Kiedy coś pójdzie nie tak, ludzie się zaczynają na tobie poznawać - kasujesz swój profil tu czy tam, bloga, zmieniasz maile i inne dane kontaktowe - możesz znów zacząć gdzie indziej - czysta karta.

Nie mi to oceniać w kwestii moralnej słuszności czy potępienia - jedno jest pewne - nawiązując kontakty w necie warto uważać, warto zachować dystans. Powściągliwość i sceptycyzm to dobre cechy w tym przypadku.

Zbyt łatwo jest w internecie (przynajmniej przez pewien czas, bo i tak szydło wyjdzie z worka) udawać kogoś innego. Ludzi w "realu" poznajemy czasem latami, wypróbowujemy swoje relacje w najróżniejszych sytuacjach, przez długi czas.  Tutaj ludzi chroni bariera netu, ludzie czują się bezpieczniej i są bardziej skorzy do towarzyskich kontaktów.

Tyle, że trzeba pamiętać, że po drugiej stronie może w rzeczywistości siedzieć zupełnie inna osoba niż nam się wydaje.


P.S. Ponieważ w jakimś aspekcie ten post nawiązuje do bezpieczeństwa, zapraszam także na mój blog o bezpieczeństwie http://zabezpieczenie.blogspot.com/2012/10/wyrywanie-torebek-kobietom-jak-sie.html (to jest mój pierwszy blog tematyczny, niemal tak "wiekowy' jak R-O)

niedziela, 28 października 2012

Blogowanie a oszczędzanie czasu. Czas to pieniądz!

Czy blogowanie jest stratą czasu? Czy nie lepiej  byłoby oszczędzić cenny czas zaprzestając blogowania? To pytanie nie raz zaprzątało moja głowę - a co jak co - jestem człowiekiem zajętym. Ponieważ jednak naprawdę polubiłem blogowanie zdecydowałem się rozwiązać dylemat inaczej.


Po pierwsze staram się blogować  bardziej fachowo, a mniej osobiście. Może nie wszyscy to odczuwają - bo wciąż w moich blogach można znaleźć osobistych akcentów, ale taka jest moja decyzja i ja to widzę w swojej pisaninie. Oczywiście popełnię nie raz przysłowiowy post o pupie Maryny (co jak co, w sumie ostatni post był dokładnie o przemarzniętych pupach), ale mniej ogólnie ściśle osobistych akcentów.

a) blogując fachowo, nie znaczy, że staram się pozować na ultra-profesjonalistę, po prostu skupiać na rzeczach praktycznych, przydatnych dla każdego,

b) człowiek dorosły, który ma już rodzinę, ma raczej ukształtowany konstrukt światopoglądowy, pewne zwyczaje, rzeczy które go drażnią - tu znów będzie co nieco o pupie, a mianowicie przysłowie: "racja jest jak pupa, każdy ma swoją"

Tutaj następuję trudny moment - ten blog, jest w jakimś stopniu też blogiem światopoglądowym, filozoficznym - tak się do tego filozofowania przyzwyczaiłem z R-O, że robiąc tam blog profesjonalny, potrzebowałem jakiejś odskoczni i napisania o swoich poglądach, stylu, filozofii.

Mimo wszystko akcent praktyczny tutaj także ma dominować. Chcę pisać także o rozwiązaniach praktycznych, w duchu minimalizmu.

Staram się przy tym nie wikłać w dziwne dyskusje i internetowe wojny o rację, niestety nie zawsze mi się to udaje do końca (czasem niektórzy ludzie mnie zupełnie zaskakują), ale i tu widzę poprawę jeśli chodzi o statystyki, jeśli chodzi o wykorzystanie czasu. Te wojenki zabierają czas i energie człowieka - a w najlepszym razie kończą się tym, że każdy pozostaje przy swojej racji, tyle że jeszcze bardziej do niej przekonany. W najgorszym razie, złym klimatem i utratą przyjaciół :-(

Powyższe odnosi się także do polityki - "temat polityka" ma u mnie status "wielkiego złego żarłocznego paskudztwa" ostatecznego pożeracza resztek energii i wolnego czasu. O polityce minimum, absolutne - powiem wam, że czyszcząc archiwum R-O kasuję dużo postów stricte politycznych. Tu uwarunkowania i tresura mediów, PR-owców jednej partii czy drugiej, są tak silne, że konflikty gwarantowane. Strata czasu absolutna.

I na koniec, zawsze deklarowałem blogowanie dla blogowania, pisanie dla pisania, bezkompromisowość poglądów, kawę na ławę niezależnie od konsekwencji, ostatnio jednak przewartościowałem nieco swoją pisaninę. Moje i współprowadzone blogi stały się na tyle popularne, że zwróciły uwagę świata komercyjnego, w tym niektórych konkretnych graczy - (choć na razie przyznam, że nawet mi się za najtańsze łącze internetowe nie zwraca) - dlaczego nie połączyć jednak docelowo przyjemnego z pożytecznym? Zobaczymy.

P.S. Polecam Barter - korzystna forma nabywania.

sobota, 27 października 2012

Leginsy, kozaczki, opięta pupa... i aspekt finansowy.

Siedzę sobie teraz przez chwilę w biurze i najzwyczajniej w świecie się obijam, a co.... trzeba kiedyś. Zerkam sobie przez okno i patrzę na dziewczyny i kobiety przemykające do sklepu.

Jeśli chodzi o leginsy, kozaczki i opięte ciasno pupy wspomniane w tytule to tak właśnie wygląda większość z nich. Cóż, obecna moda podkreśla walory kobiece takie jak nogi, pupa, talia - zatem człowiek może się opatrzeć do woli...

...stylu i mody komentować nie będę, bo się na tym nie znam, co do ciasno opiętych pup... powiem tak... wierzę, że każda kobieta ma w sobie piękno, jestem jednak świadomy, że ja - typowy samiec nie koniecznie zawsze mogę to piękno zrozumieć :P

No i wszystko pięknie, widoki też, gdyby nie jeden szczegół - wieje zimny wiatr, zacina lekko śniegiem i już jest całkiem biało. Ja bez żadnej krępacji wbiłem się w kalesony, bluzę polarową i płaszcz, ponadto jestem całkiem "masywny", czego może nie widać, ale jednak ta zbita góra mięcha trochę ciepła trzyma...

...a te bidulki w ciasnych leginsach, opiętych pupach, krótkich kurteczkach, przemykają obejmując się ramionami, no nie wiem, mam chwilę litości - czapeczki bym im chociaż kupił, bo im głowy (z obowiązkowymi fryzurami w kolorze "kruczoczarny blond") marzną...

Dobra - a aspekt finansowy? Powiem tak - jak takiej pupę przewieje i korzonki tak skręcą, ze przez tydzień z wyra nie wyjdzie to jej facet ma potem kupę problemów i wydatków. Wierzcie mi - kiedyś to przerabiałem.




piątek, 26 października 2012

Minimalizm może być łatwy.... czyli znów o pozbywaniu się rzeczy - sprzedaż niepotrzebnych ubrań.

Rzecz może bardziej nadawałaby się na blog Racjonalne Oszczędzanie, jednak tam omawiamy konkurs a tymczasem to co wam teraz napiszę ma swoje minimalistyczne oblicze.

Co jak co w domu na ile się da coraz częściej wdrażam minimalistyczne i oszczędne praktyki, niektóre nie spotykają się z aprobatą i tu trzeba złotego kompromisu - niektóre - tak jak obecna akcja są miłe dla oka i... portfela.

W ramach przewietrzania szaf pozbyliśmy się wielu rzeczy/ubrań niepotrzebnych, takich których po prostu się już nie nosi, a zagracają szafy bo... (tu proszę wpisać kilkanaście powodów), młode pokolenie także z ciuchów wyrasta i tu się robi problem... oddawanie znajomym?.... różnie bywa z tymi znajomymi i ich reakcjami - stąd wiele osób woli wystawić nieużywane ciuchy pod śmietnik.... ale po którejś z kolei sesji obdarowywania rodziny i znajomych oraz wystawce śmietnikowej stwierdziłem, że może lepiej te ciuchy sprzedać...

...sprzedaż przez internet jest jednak niewdzięczna i bardzo czasochłonna, klientki lubią pozastanawiać się przynajmniej tak samo jak w realnej sprzedaży... a poświęcony czas?

W końcu dogadałem się z dwoma pobliskimi lumpeksami - jedne ciuchy wystawiłem w komis - drugie ciuchy i trochę nieużywanej galanterii sprzedałem hurtem na wagę.

Na chwilę obecną jestem do przodu na 120 zł (ok 3-4 duże reklamówki ciuchów + kilka lepszych rzeczy oddanych w komis). Kosztowało mnie to tyle co trochę rozmowy z właścicielkami lumpeksów oraz czasu - ale ten i tak  bym wykorzystał, choćby na spacer i rundkę po osiedlu - bo ile można siedzieć w biurze, albo przed komputerem?


poniedziałek, 22 października 2012

Minimalizm nie jest łatwy.

Krótko i na temat. Ty czy ja jesteśmy minimalistami. Czy ludzie w naszym otoczeniu nimi są? niekoniecznie!

Jak przekonać bliskich, rodzinę, otoczenie do naszego punktu widzenia?

...że nie trzeba? Jak to? Przecież nie funkcjonujemy sami. Chyba, że ktoś żyje sam, zupełnie po swojemu, niezależnie.

Zatem jak przekonać bliskich do naszego punktu widzenia, choćby do punktu, w którym nasz minimalizm nie konfliktuje się z ich 'maksymalizmem' (czy w ogóle jest takie określenie jak maksymalizm?)?

Na to pytanie dziś nie odpowiem, chyba, że ktoś z czytelników miałby swoją koncepcję - to proszę bardzo.

piątek, 19 października 2012

Jak zostałem minimalistą?

Dobre pytanie! Nie zawsze byłem minimalistą, jako nastolatek byłem niesamowitym chomikiem, zbieraczem, mój pokój był obklejony plakatami, rysunkami i czym popadnie po sam sufit, z resztą na suficie też potrafiłem coś przykleić albo zainstalować - wisiały tam lekkie instalacje aerodynamiczne, których zadaniem było wykazywać cyrkulację powietrza w pomieszczeniu... Półki uginały mi się dosłownie... od wszystkiego!

Minimalistą stałem się stopniowo, w czasie studiów. Konieczność relatywnie częstych przeprowadzek, mobilność, praktyka życia w dużym mieście pokazała mi, co jest dla mnie najwygodniejsze - czyli możliwość zapakowania "całego życia" w plecak i dwie torby oraz możliwość ruszenia dalej - stopniowo minimalistyczne zwyczaje polubiłem, polubiłem także bardziej niż zwykle ten styl (jeśli chodzi o sztukę, design, architekturę). Polubiłem także minimalizm w innych aspektach życia - na początku był on co prawda nieco wymuszony (finanse!) potem jednak bardzo dobrze się w tym odnalazłem...

A jak to było u was?

środa, 17 października 2012

"Dobre słowo" jest moją największą bronią.

Naokoło widzę chamstwo, zgryźliwość, obgadywanie jeden drugiego za plecami, a także butę i buractwo, które niektórzy w tragiczny (dla nich) sposób mylą ze 'szczerością' i twardością charakteru. Istotnie - takie postępowanie wśród 'prostego ludu' wydaję się popłacać - cham jest na ogół traktowany lepiej przez otoczenie, budzi większy respekt, bo nie wiadomo....

Nie interesuję mnie to jednak! Jasne, kiedy trzeba zagadać ostro - to trzeba, nie mam jednak jakiejś potrzeby okopywać się za zasiekami z chamstwa i zgryźliwości i czekać aż pociski spadną, wprost przeciwnie - wychodzę do ludzi i rozmawiam.

Moją największą bronią jest jednak "dobre słowo"!

Nie chodzi o to by komuś ściemniać! O.. tego nie lubię! Zamiast jednak wynajdywać w otoczeniu każdą możliwą sytuację negatywną i na niej się skupiać, staram się postępować odwrotnie i skupiać się na dobrych bodźcach.

- Jeśli jem naprawdę dobry posiłek w barze, czy restauracji - głośno chwalę go. np. w tym stylu: "Ma pani pyszne pierogi ze szpinakiem, zaglądnę na pewno podczas następnej wizyty w W."

- Jestem w okolicach remontu, wchodzę do sklepiku znajomej znajomych i widzę ciekawie zamontowane halogeny z fajnym pomysłem na przeprowadzenie przewodów - rozmawiamy chwilę o mnie, ale na odchodne mówię: "Macie fajnie zamontowane halogeny... mąż robił.... no to mąż dobrze się spisał, też takie oświetlenie u siebie zamontuję".

-  Drukarz bardzo dobrze dopracował mój projekt reklam, materiały drukowane wyszły bardzo sympatycznie, 95% moich założeń projektu zostało oddanych jak chciałem, mówię: "Dzięki, szybko zrobione, podoba mi się ta nowa powłoka na materiałach, powiem że jestem naprawdę zadowolony!"

Znam ludzi, którzy jednak w tej samej sytuacji głośno wyrażą swoje niezadowolenie:

- w restauracji skrytykują, że herbata za dużo fusów miała

- w sklepiku znajomej źle poprowadzili rurę od CO i to jest absolutna beznadzieja, halogeny fajne ale "za to" rura tragiczna!

- drukarz mógłby opakować plik reklam w solidniejszy papier, bo co by było gdyby...

Zdecydowana jednak większość ludzi jak obserwuję z ponurą miną twardziela (macho?) burknie,"do widzenia"

A ile mnie kosztuje "dobre słowo", zwłaszcza, że jest szczere i prawdziwe!?

Mówię wam - tak się o wiele wygodniej fukncjonuje, szczególnie w aspekcie tego czym się zajmuję - a jest to drobna przedsiębiorczość.  A jak myślicie, jak reagują ludzie, którzy słyszą o de mnie zawsze coś przyjemnego, zamiast biadolenia i kwękania?!

wtorek, 16 października 2012

Przebudowa systemu - ekologia i gospodarka. Peak oil.

Niedawno u Henryka w komentarzach wspomniałem, że niektóre z naszych działań pro-ekologicznych mogą nie mieć większego sensu (poza naszym dobrym samopoczuciem) a do prawdziwego działania ekologicznego potrzebna byłaby gruntowna zmiana systemu.

W tym poście nie wyczerpię tematu, ale raczej go rozpocznę. Może na moich blogach w najbliższym czasie poruszę tematy ekologiczno-gospodarcze, zobaczymy. Na razie chciałbym tam jeszcze dalej promować konkurs, do którego i was zapraszam: http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2012/10/ogaszamy-nowy-konkurs-racjonalnego.html, działajcie :) w sumie nic trudnego napisać krótko, jak się ostatnio coś udało zaoszczędzić, a nagrody fundowane przez sponsora są fajne :)

Pomijając wątpliwe naukowo i ekologicznie wydzielanie CO2 (tzn. wpływ "ludzkiego" CO2 na klimat) zastanówmy się jaki sens ma ograniczanie zużycia paliw przez nas - powiedzmy przez Europę. Rynek paliw jest globalny - zatem mniejsze zużycie przez Europę, oznacza w dużym uproszczeniu większą podaż i niższe ceny dla innych krajów świata. Globalnie nic się nie zmienia.

Kupujemy energooszczędne pojazdy, nasze stare samochody lądują w biedniejszych krajach - oszczędzamy paliwo, spełniamy normy ekologiczne i emisji CO2, nasza oszczędność jest 'przejadana' gdzieś w Afryce Północnej na przykład, gdzie statkiem przewieziono nasze stare nieekologiczne ciężarówki.

Gospodarka jest globalna. Nawet przejazd do pracy i z powrotem rowerem niewiele pomoże (choć prywatnie bardzo to popieram).  Z czego jest bowiem wykonany rower, z czego są wykonane jego elementy plastikowe, opony... z czego jest zrobiony asfalt, który pokrywa ścieżkę rowerową????

No właśnie...

niedziela, 14 października 2012

Minimalistyczne aktualności

Właśnie wróciłem z biura, gdzie otworzyłem okna swojego nowego gabinetu. Jest piękna pogoda - niech się wietrzy - niech farba schnie i remontowy zapach się wreszcie ulotni. Efekt rewelacyjny, kolory jasne z przewagą bieli - zamysł ponownego urządzenia pomieszczenia w stylu eleganckim i minimalistycznym, ale w żadnym razie 'zimnym' i bezdusznym. Większość mebli i akcesoriów już jest. Nowy sprzęt komputerowy także już jest.

Wcześniej to pomieszczenie było nieziemsko zawalone, funkcjonowało jako pomieszanie magazynu i prywatnej siłowni, z uwagi na to, że poza tym gabinetem mam mnóstwo m2 do dyspozycji a część pracy brałem do biura w domu, nie było wcześniej potrzeby działania. Obecnie siłownia mi już nie potrzebna, chodzę ćwiczyć do znajomych.

Pomieszczenie jest naprawdę ładne, ma dużo przeszkleń 4 duże okna, jedna ściana z luksfer, przeszklone drzwi. Dwa okna są na takiej wysokości, że pracując przy biurku widzę niebo i przesuwające się chmury.

Pozdrawiam znad wielkiego kubka zielonej herbaty! Miłej niedzieli!

sobota, 13 października 2012

Konflikty między autorami blogów.

Internet, a właściwie blogosfera jest dziwnym miejscem. Niby ze sobą rozmawiamy, niby się znamy, po jakimś czasie wydaje się, że z jednym, czy drugim jesteśmy już po kumplowsku i nagle coś się psuje. Coś przestaje pasować nam, lub tej drugiej osobie - czytelnikowi, autorowi bloga, itp...

Dlaczego? Wydaje mi się, że internet jest miejscem gdzie zbyt łatwo, bez żadnych konsekwencji można rzucać słowami, czasem ostrymi słowami. Wyrzucić swój gniew na to, czy na tamto. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Konsekwencje nieprzemyślanych słów i czynów w życiu realnym są często bardzo odczuwalne i tu się hamujemy. Konsekwencje porzucania gromami w necie są niemal żadne. Ot, przestaniemy wzajemnie odwiedzać nasze blogi, rzucimy złośliwy komentarz o naszym adwersarzu, itp. Właściwie jednak nic się nie dzieje. Awatary internautów pojawiają się i znikają. Odeszli jedni, przyjdą drudzy.

Jak pisałem wcześniej, taki styl przestaje mi pasować i jeśli w przeszłości sam na swoich blogach lubiłem wykrzyczeć swoje, bez względu na konsekwencje, to jest to czas przeszły.

Staram się coraz bardziej szanować (a przynajmniej taką mam ambicję) moich czytelników i autorów/współautorów blogów. Chcę mieć taki stosunek do ludzi, jak w rzeczywistości - a więc poważny, choć jednocześnie życzliwy. Staram się też bywać na takich blogach, gdzie czuję analogiczny klimat.

Obecnie jest także faktem, że nie jestem już osobą anonimową (choć staram się nie ujawniać detali z życia zawodowego), większość autorów/współautorów zna mnie z imienia i nazwiska, z korespondencji mailowej, ze współpracy firmowej (dzięki blogowaniu nawiązałem kontakty 'firmowe').

Kolejna sprawa, że czas "blogowo" dorosnąć i przestać zachowywać się jak nastolatek, któremu co na sercu to od razu w ustach, zwłaszcza, że może to dotknąć te czy inne osoby, które obecnie znamy także pozabogowo. Czy to co napisalibyśmy w chwili złości na blogach - powiedzielibyśmy komuś w twarz siedząc w nim przy jednej kawie w restauracji?

piątek, 12 października 2012

Czy na blogu minimalisty wypada mieć reklamy?

Prosta odpowiedź: uważam, że tak, jak najbardziej. Wyjaśnię dlaczego - najprościej jak można - rzeczywistość która nas otacza wymaga jest rzeczywistością pracy, finansów, codziennego życia... płacenia rachunków, choćby za połączenie z internetem.

Chciałbym się na jakiś czas zamknąć w minimalistycznej pustelni, oderwać się, nie martwić się niczym - na chwilę obecną nie mogę sobie na takie coś pozwolić, taki jest fakt.

Jestem aktywnym autorem, lubię pisać, posiadam kilka blogów tematycznych, poświęcam swój czas na pisanie (czasem według mojej rodziny - za dużo). Nigdy nie robiłem tego i nie będę robił dla zysków, jednak skoro jest możliwość osiągnięcia drobnych korzyści z aktywności w internecie są dla mnie dwie możliwości.

- obrazić się na świat komercji i udawać, że problem nie istnieje...

- stawić czoła problemowi, ale starać się go oswoić, akceptując reklamy dyskretne, w dobrym guście, starannie wyważone i raz na jakiś czas odebrać małą sumkę, którą mogę wydać choćby na dodatkową kartę do mobilnego netu (moje blogowanie NIE pokrywa nawet ułamka opłat za net), czy sprezentować coś najbliższym...

Jak widzicie wybrałem wariant drugi.

Jeśli i wy chcielibyście zobaczyć, że współpraca ze światem komercji może przynieść korzyść także wam - zapraszam: http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2012/10/ogaszamy-nowy-konkurs-racjonalnego.html

Można wygrać ciekawe książki!!!

środa, 10 października 2012

Styl komentarzy minimalisty - pozbywanie się rzeczy i 100 przedmiotów raz jeszcze?

W epoce pisania o minimalizmie o tematach z nim związanych na dotychczasowym blogu nie raz wpadałem w wojowniczy i nieco moralizatorski ton - wydaję mi się, że dobrym pomysłem na przyszłość będzie przypomnienie tamtych tematów, ale jednak nieco stemperuję co bardziej wojownicze wnioski i pomysły naprawiania świata.

Dajmy na to ostro krytykowałem idee posiadania max, 100 przedmiotów, i oczywiście dalej się nie zgadzam z tym, jakoby posiadanie tej czy innej liczby przedmiotów było wyznacznikiem czyjegokolwiek minimalizmu - dlaczego? O tym niedługo, ale najprostszym wyjaśnieniem jest to, że kwestie posiadania danej liczby przedmiotów mogą być pochodną tak wielu czynników, a sama liczba tak różna w zależności od danej metodologii liczenia, że głowa pęka.

Jednakże sama idea policzenia przedmiotów, zrobienia listy, zastanowienia się nad koniecznością posiadania rzeczy X czy urządzenia Y jest jak najbardziej słuszna. O ile nie pójdziemy w ekstremum, może to okazać się pożytecznym doświadczeniem.

Jednak aby dochodzić do jakiś wniosków, czy prawd, czy konieczny jest ton wykładowcy pouczającego leniwych studentów, albo symboliczne walenie pięścią w stół? Niekoniecznie. Jedynym tego efektem jest to, że czasem niektórzy czytelnicy mogą się poczuć urażeni, czego byłem świadkiem po moich wpisach na poprzednim blogu.

Celem tego bloga jest zastanowienie się nad praktycznym wymiarem minimalizmu, a nie pouczanie kogokolwiek. Ten cel będzie konsekwentnie realizowany.

poniedziałek, 8 października 2012

Co ludzie powiedzą? #2

Aby zaimponować ludziom, których tak naprawdę nie lubimy,
kupujemy rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy,
za pieniądze, których jeszcze nie mamy.

Tym swobodnym cytatem z Fight Club zaczynam dzisiejszy post - oddaje on doskonale kołowrotek zniewolenia konsumpcjonizmem i długami - codzienną udrękę, którą przechodzi wielu z nas.

Na ile ważne jest "co ludzie powiedzą", na ile istotne jest nasze samopoczucie i nasze własne cele?

Ja dajmy na to jestem pod ogromną presją środowiskową i rodzinną. Otóż mężczyzna w moim wieku z moim stażem pracy powinien już mieć co najmniej dom pod miastem. Nie ważne przy tym, czy za swoje pieniądze, czy za pożyczone od banksterów (zdajecie sobie sprawę, że w przerażającej większości jest to ten drugi scenariusz).

Nie ważne są tu konsekwencje wyborów, czy realne potrzeby - ważne jest "Co ludzie powiedzą?". Nie liczysz się jako człowiek - ważny jest twój ubiór, twój samochód, twój dom, posiadane sprzęty...

Nigdy się nie zgadzałem z takim podejściem - stąd taka a nie inna filozofia, do której nawiązywałem na dawnym blogu, do której nawiązuję i tutaj.

niedziela, 7 października 2012

Co ludzie powiedzą?

W ostatnim poście skrytykowałem podążanie za modą i robienie kultu z tej czy innej ksiażki. Cóż, w naszym kręgu kulturowym jest jedna ksiażka, a wlasciwie powienienem rzec z szacunkiem Księga, z której można robić kult - ponieważ jednak na zadnym z moich blogów z premedytacją nie podejmuję kwestii religijnych - jako zbyt osobistych kwestii światopoglądowych - o Biblii nic tutaj nie napiszę. Nie czuję się żadnym guru, czy nauczycielem w żadnej kwestii. Jestem po prostu zwykłym, skromnym użytkownikiem bloggera.

Ta czy inna religijność w naszym Kraju jest jednak mocno spleciona z zaściankowością, tzw. moherem, czy też ze źle pojętą małomiasteczkowością, której rdzeniem nie jest żadna Święta Księga tylko prosty mechanizm stadny, który można podsumować jednym prostym pytaniem: "Co ludzie powiedzą?"

Cieszę się, że zaznałem w życiu wystarczająco wiele wielkomiejskiego życia, aby na rzeczone pytanie mieć do pewnego racjonalnego stopnia - polewkę.

Dla mnie nie jest istotne co ludzie powiedzą, dla mnie jest bardzo istotne co ja mogę powiedzieć o niektórych ludziach.

Oczywiście, znaczy to, ze was - drogich czytelników - staram się szanować, natomiast z drugiej strony to jednak ja sam decyduję o kluczowych kwestiach co do mojej aktywności i w necie i w życiu osobistym. W pewnych kluczowych kwestiach nie jest istotne "Co ludzie powiedzą?"

Co jest właściwie tematem tej wypowiedzi? Otóż myślę że moje (i Twoje) działania powinny być pochodną wewnętrznych przekonań, a nie tej czy innej mody, choćby i była to moda na minimalizm.

piątek, 5 października 2012

Dieta niskoinformacyjna a tzw. prawdziwy minimalista.

Ten post jest swobodnym nawiązaniem do dyskusji na temat tzw. "diety niskoinformacyjnej".



Po pierwsze wydaje mi się, że sam preferuję podejście niskoinformacyjne, ale nie wywodzę tego z żadnej mądrej książki. Doskonale rozumiem, że jest tam jakaś książka, że coś jest modne - książki tej nie czytałem i w ramach starannego selekcjonowania informacji nie zamierzam na razie. Ot, paradoks. :)

W ogóle nie preferuję stylu działania typu:
1. Jakiś myśliciel napisał książkę (Autor MUSI pochodzić z USA, bo tylko tam bije źródło prawdziwej wiedzy tajemnej).
2. Ta książka jest modna bo jest modna. (Na tej samej zasadzie jak niektórzy celebryci są znani, z tego, że są znani.)
3.  Wypada przeczytać tę książkę, bo inaczej nie jesteś "trendy", nie jesteś prawdziwym X, prawdziwym Y czy innym prawdziwym minimalistą.

Zamiast faszerowania się książkami-bibliami różnych *izmów wolę swoje własne przemyślenia, ich zastosowanie w praktyce, preferuję także czytanie blogów/wypowiedzi innych osób - bo są to informacje przefiltrowane przez osobiste doświadczenia i przemyślenia (nawet jeśli są to w jakimś stopniu informacje odtwórcze).

Wśród minimalistów modne jest wyrzucenie telewizora i zastąpienie go dużą porcją literatury, jednak także czytanie lub nieczytanie dużej ilości prasy/książek/treści jest, jak obserwuję w "wykształconym" otoczeniu, raczej wypadkową posiadania dużej ilości czasu wolnego/ustabilizowanej pracy/rodziny niż wynikiem rożnych świadomych decyzji.

A telewizja i multimedia? Rzeczywiście warto to zminimalizować na rzecz słowa pisanego. Ale w moim przypadku są to wyłącznie przemyślenia praktyczne i nie kryje się za tym żadna ideologia.

Mój telewizor stoi tuż obok mnie, w chwili kiedy piszę tego posta, zostanie jednak raczej użyty jako monitor podłączony wieczorem do netbooka niż źródło podniecania się kolejnymi rewelacjami ze świata polityki czy mody.


czwartek, 4 października 2012

Chamstwo w sklepie

Mam mały dylemat, dziś zostałem w dość chamski sposób potraktowany przy innych ludziach przez pracownicę jednego ze sklepów (sieciowych), mniejsza o przyczyny, szczegóły i różnicę zdań (na pewno nie będę tu tego opisywał), ale sytuacja mocno przypomniała mi sytuację z czasów komuny, kiedy sprzedawczyni/ekspedientka miała władze i wpływy większe niż niejeden profesor, klient był natomiast śmieciem.



I teraz mały dylemat - mając na uwadze oszczędzanie sobie nerwów i czasu odpuścić, zrezygnować i nie psuć sobie więcej krwi - czy interweniować u kierownika sklepu (nieobecnego podczas zajścia) lub nawet u właściciela.

Z drugiej strony w placówce owej z pewnych przyczyn kupować będę nie raz i popuszczenie oznacza przyzwolenie na złe traktowanie mnie jako klienta, co podejrzewam także popuszczenie może spowodować większe rozzuchwalenie się chamskiej pracownicy i potencjalne szkody nie tylko dla mnie, ale i szczególnie dla w jakimś stopniu "słabszych psychicznie" osób.

Ja potrafię otwarcie powiedzieć co myślę i dojść do swoich praw - ciekaw jestem jednak waszego zdania. Dopiąć sprawy i cywilizowanymi metodami próbować ukrócić to pospolite chamstwo czy odpuścić?

Macie podobne doświadczenia?

P.S. Link, który polecił Mariusz: http://mariuszps.blogspot.com/2012/09/dookoa-czaja-sie-sepy.html

wtorek, 2 października 2012

Minimalizm a rezygnacja z kontaktów z ludźmi.

Wczoraj w komentarzach rozwinęliście problem rezygnacji z kontaktów z ludźmi, sugerując, że to nie zawsze musi być takie złe i naganne (moralnie??!), dziś napiszę kilka słów co o tym myślę.

Rozumiem po części rezygnowanie z tzw. toksycznych znajomości - a może nawet nie znajomości, tylko pewnych toksycznych praktyk - czyli np. rezygnację z wychodzenia z dawnym kolegą do pubu w czasie spotkań kilka razy w roku i zachlewaniu się na umór.


Człowiek w którymś momencie dojrzewa i takie szczeniackie i niemądre zachowania przestają mu odpowiadać (zamiast "zalewania pały" woli kulturalną rozmowę w kawiarni) i w tym momencie jest pierwszy odruch - nie! towarzystwo Tomka mi już nie odpowiada - Tomek to ochlej i menel, tylko mnie ciągnie na złą drogę! Nie kontaktuję się z Tomkiem...

Zaraz, zaraz! A może Tomek to samo pomyśli w którymś momencie o mnie czy o tobie?! Nie będę kontaktował się z R-O bo to menel, ochlej i zawsze jak się kontaktujemy - kończymy w pubie?!

Przecież wcześniej TO MY godziliśmy się na takie praktyki i takie spędzanie czasu - zatem TO NAM ODPOWIADAŁO!

...a może Tomek zawsze proponował alkohol, bo był przekonany, że to MY tego zawsze oczekujemy!?

Może zamiast unikania towarzystwa Tomka i kontaktu właściwsze byłoby porozmawianie, postawienie problemu wprost! Stary, wiesz, u mnie się w życiu pozmieniało, przemyślałem pewne kwestie - nie spotykajmy się w pubie więcej - następnym razem chodźmy sobie do restauracji na "flaczki z kaczki" i dobrą kawuchę, albo jeszcze lepiej weźmy rowery i zrobimy rundkę po okolicy jak "za szczeniaka".

Zatem nie "wyrzucałbym" ludzi ze swojego otoczenia, najpierw starałbym się uratować te relacje. One są w gruncie rzeczy cenniejsze niż ten nasz cały minimalizm.

poniedziałek, 1 października 2012

Minimalizm a relacje z ludźmi.

Ten post dość mocno przeredagowałem, usuwając cytat, którego być może użyłem niepotrzebnie... mowa była o "wyrzucaniu ludzi" tak jak niektórzy wyrzucają zbędne przedmioty.

...ja nie piszę tutaj o jakichkolwiek ludziach, których moglibyście znać - piszę o pewnej grupie ludzi, których obserwuje w otoczeniu, czasem w bliskim otoczeniu, którzy nie mają skrupułów aby "wyrzucić człowieka" tak jak się wyrzuca niechcianą, lub niemodną rzecz.


Nie wiem na ile te osoby są minimalistami.


Cechą wspólną tych osób jest to, że są o kilka lat młodsze ode mnie. To po prostu osoby, które z dzieciństwa nie pamiętają tzw. komuny i PRLu, po prostu fizycznie nie mogły pamiętać tego okresu dzieciństwa, lub jeszcze się wtedy nie urodzili. Tamte realia były trudne i zahartowały ludzi, którzy się wtedy wychowywali. Jeśli chodzi o materializm i konsumpcjonizm właśnie w tej nieco starszej grupie częściej widzę osoby z trzeźwym dystansem do tego szaleństwa.




Oczywiście pełen szacunek dla młodszych czytelników i czytelniczek, którzy tu zaglądają - jeśli i wy macie dystans do konsumpcjonistycznego i "maksymalistycznego" kołowrotka wokół nas - to dla mnie jest dobry znak!




P.S. Czy zamiast obkupywać się tanią, jednorazową azjatycką tandetą nie lepiej jest kupić produkt lokalny, dobrej jakości? Więcej tutaj: Ceramika z Bolesławca.