środa, 30 grudnia 2015

Anja Rubik jest brzydka? Minimalistyczne słowo o modzie

...a może nie tyle brzydka, co jest ewidentnym przykładem tzw. fashion victim, czyli ofiary mody. Dziś przesiedziałem w galerii handlowej pilnując dzieciaki w małpim gaju i naprzeciwko był plakat z tą "modelką". Patrzyłem się na Anje.. patrzyłem... i różne myśli przychodziły mi do głowy... głównie litość...


Popatrzmy na przykładowe zdjęcie, gdzie widać dużo starań w Photoshopie, ale nawet to nie pomaga. Anja jest niekształtna w stosunku do pewnej naturalnej fizjonomii dla tego typu dziewczyny. Patykowate nogi z pierwszymi oznakami zaniku tkanki mięśniowej, zaawansowany katabolizm zniszczył jej biodra, pupę i klatkę piersiową, zaburzone zostały naturalne, kobiece proporcje. Zapadła buzia... 

... mówią, że nie ma brzydkich kobiet, są natomiast kobiety mocno niezadbane i do takich należy nasza modelka. Pytanie kto do tego dopuścił i czy w jakiś zrzeszeniach "ludzi mody" nie powinno być jakiejś komisji lekarskiej, badającej parametry fizjologiczne modelek, odstępstwa (w dół) od prawidłowego BMI, aby dziewczyny nie były wykorzystywane w sposób negatywny.

Na pewno coś się powinno z tym fantem zrobić, tymczasem my jako konsumenci powinniśmy zbuntować się i odrzucić dyktat, co ja mówię... terror tzw. "kreatorów mody" i odesłać te całe środowisko tam gdzie jest jego miejsce... czyli w najlepszym razie do nocnego sprzątania ulic, z dala od kontaktów z ludźmi.



Z typu wysokich blondynek, znacznie zdrowszy jest już "typ urody" pokazany na zdjęciu powyżej. (Naprawdę nie ma aż takiej radykalnej różnicy... a te kilka kg więcej działa jednak na wizerunkowy plus.)


Albo chociażby nieco bardziej wysportowany typ...



Popatrzmy dalej...



Także jak widzimy, szczupłość nie musi oznaczać " potwornego zabiedzenia"...


Kobieta powinna mieć chociaż odrobię tego ciała, by mieć co przytulić... natomiast to, co proponują kreatorzy wizerunku Anji to już patologia i krzywdzenie tej dziewczyny.

Co bym zrobił gdybym spotkał Anje Rubik "na żywo"? Zaprosiłbym ją na jakieś porządne ruskie pierogi, gęstą, pożywną zupę brokułową a na finisz kupiłbym jej jakieś pełne jasne, kaloryczne piwo... albo dobrą kawę z czekoladą.

Po prostu...

pi-topCEED zamiast Mac'a... to jest prawdziwy, minimalistyczny hit!

Jak wiecie mam niekonwencjonalne poglądy w dziedzinie elektroniki użytkowej. Minimalizm w tej dziedzinie nie oznacza dla mnie jedynie gustownej obudowy, stonowanej stylistyki, przyciągającej oko całościowej kreacji marketingowej, czy pewnego "etosu" minimalistycznego. W samej istocie to nie jest jeszcze minimalizm, to zaledwie "wzornictwo przemysłowe".

Kilka miesięcy temu otwarcie krytykując szał na punkcie markowego, drogiego sprzętu wśród "minimalistów" nie spodziewałem się nawet 1/10 reakcji i dyskusji, jakie towarzyszyły moim wpisom, były to zachowania i dyskusje co najmniej kontrowersyjne, dlatego w tej cały zbiór "problemowych" wpisów jest dostępny jedynie w archiwum dla wtajemniczonych... a tak! Człowiek czasem musi odpocząć od nadmiaru dyskusji.

Tak czy inaczej rzuciłem kiedyś w minimalistyczny eter hasło "Apple nie jest minimalistyczny i nie ma nic wspólnego z minimalizmem"! Rozpętała się prawdziwa internetowa burza.

I tak jestem teraz wśród minimalistów "zagorzałym AntyApplowcem nr. 1", który MacBookami pali w piecu a inne "jabłka" piecze nadziane na patyk nad ogniskiem z podstępnym uśmiechem na ustach. Cóż, chyba zasłużyłem sobie na taką etykietkę ;-)

Każdy student - niedzielny minimalista, który odmawia sobie dobrego piwka, czy wyjazdu w Bieszczady z przyjaciółmi, by starczyło kasy na spłatę ciężkich rat za wypasionego, minimalistycznego MacBooka patrzy teraz na mnie ze złością....  Rozumiem, na pewno boli uświadomienie sobie, że człowiek chciał być jak "król" Leo, a tu przyszedł gościu z Realnego Minimalizmu i powiedział głośno "Patrzcie... król jest nagi!"

Nie! Apple nie był, nie jest i nigdy nie będzie minimalistyczny, mimo ciekawego wzornictwa przemysłowego, z uwagi na szereg negatywnych wartości jakie z sobą niesie. Te wartości to: 
  • wysoka cena (kolejna droga rzecz o którą trzeba się niepotrzebnie zamartwiać), 
  • bagaż wszechobecnego inwazyjnego marketingu (lokowanie produktu w każdym filmie z Hollywood), 
  • marka typu premium będąca nie tyle symbolem komercjalizmu, co prawdziwym pomnikiem
  • to w końcu elitaryzm i gdzieniegdzie nadgorliwe fanbojstwo, obciążone jakimś negatywnym uczuciem w stosunku do Samsungowców, czy PCtowców (miałem tego niezbity dowód w dawnych dyskusjach). 


"Kultura" Apple to coś, czego każdy prawdziwy minimalista chce raczej unikać.

Czy są jednak produkty elektroniczne, które łączą w sobie minimalistyczną stylistykę, bardziej "egalitarny" model cenowy i "pakiet wartości" bliski sercu minimalisty?

Tak!

Moją uwagę przykuwa od dawna ekosystem budujący się wokół minikomputera RaspberryPi2, stworzonego przez fundację społecznościową, w modelu OpenSource, dostępnego za stosunkowo niewielkie pieniądze (35$ za główny moduł). 



Chociażby nadchodzący komputer pi-topCEED, który będzie dostępny w cenach od 100 do 135$, czyli za cenę dziesięciokrotnie mniejszą niż najtańszy Apple.


Komputer jest modułowy, co umożliwia budowanie na jego bazie różnych rozwiązań edukacyjnych, fanowskich, geekowskich.





Co powiecie na przykład na budowę własnego OpenSourcowego laptopa za nie więcej niż 300$ razem z dzieckiem?

Czy pozwolilibyście 7-latkowi na rozkręcenie MacBooka, aby ten mógł na własne oczy przekonać się co kryje w środku?


Oczywiście RPi2 to nie jest produkcyjny kombajn gigaherców i gigabajtów (ale tak samo nie są kombajnami wielokrotnie droższe najnowsze ultrabooki Apple) i także jest to coś zupełnie innego niż PC-ty z systemem Windows. (Dominującym systemem jest tu Linux, czyli tak samo jak w "jabcu" coś z rodziny Unix).


Sam kompletny moduł "stacjonarny" RPi2 (wielkości mniej więcej pudełka po papierosach) dostępny jest już od ok. 50-60$... sam mam w bliskich planach budowę stacji roboczej zasilanej energią słoneczną...



Ok, na razie wystarczy, za chwilę wracam do pisania "podróży i kawy"... na razie jeszcze porównuje ten ciekawy ekosystem do głównonurtowego sprzętu dla ludzi "lansujących się", nie ponieważ chcę Was przekonać do zmiany waszych sprzętów, ale ponieważ chcę Wam pokazać, że jak się chce to można. 

Można stworzyć innowacyjny produkt informatyczny, który opiera się na:
- minimalizmie w filozofii i stylistyce
- egalitaryzmie i powszechnej dostępności
- otwartości i dostępności rozwiązań
- edukacji i kreatywności

W mojej minimalistycznej "filozofii sprzętowej" jest przede wszystkim miejsce na skromność (materialną), pomysłowość, coś "z jajem" i prawdziwy "fun", jak wtedy, kiedy w dzieciństwie dostałem pierwszy zestaw klocków Lego czy pierwszy komputer.

Jeśli jako minimalista chciałbym się czymś "lansować", to właśnie oryginalnością i poczuciem przygody, wolnością emocjonalną, finansową i tym, że w pracy mogę chodzić bez krawata, a nie tym, że mnie stać na Apple! 

Pozdrawiam i przy okazji życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

wtorek, 15 grudnia 2015

Piję kawę... i myślę o tatuażu

No proszę, jak tylko napisałem, że to w sumie dobrze, kiedy Was na Facebooku jest mniej - to się oczywiście Was zrobiło więcej. Czyżby tak z przekory?

Z Facebookiem to jest dla mnie tak jak z kawą - kiedyś zapierałem się Facebooka, nie, nie dla mnie - nigdy tam nie wejdę i nie lubię - a właśnie jestem w trakcie pracy przy kampaniach reklamowych na FB i popijam sobie kawę...


...z kawą było tak samo. Miałem odrzut, miałem paruletni kawowy post, co możecie przeczytać pod powyższym linkiem, wróciłem jednak do picia kawy (aczkolwiek umiarkowanego).

Jeden z Kolegów mnie utwierdza w przekonaniu, że umiarkowane picie kawy jest dla nas dobre i wydłuża życie... no dobra Roman, razem podenerwujemy ZUS...

Po prostu tak to według mnie jest, że nie warto się w życiu zapierać, bo za pół roku, za rok, może być to życie zupełnie inne, takie, jakiego się nie spodziewaliśmy...


Z tego samego powodu nie zrobiłbym raczej sobie tatuażu, po prostu to, co mi się strasznie podoba dziś, może zupełnie nie podobać mi się za dwa lata, co więcej, może mnie nawet denerwować.... i co wtedy?

Kiedyś przecież nie byłem minimalistą... a teraz widzicie sami!



czwartek, 10 grudnia 2015

Drodzy Czytelnicy... im Was mniej... tym lepiej!

Jak pewnie zauważyliście nie jestem minimalistą papuśnym, słodziutkim, milutkim i "do rany przyłóż". Nie zamierzam robić tu autokreacji autorskiej, nie zamierzam budować image'u minimalisty, wprost przeciwnie... chcę zakwestionować dogmaty, chcę przedyskutować kontrowersyjne sprawy... chce się z Wami trochę podrażnić...

Jedną z tych spraw jest kwestia Facebooka. Wiem, że niektórych wkurzę moja deklaracją, ale dla mnie to jest potworna strata energii, wielki inwigilator, wysysacz naszego portfela i cennego czasu, który moglibyśmy poświęcić rodzinie, albo chociażby na spacer w parku.

Drodzy Czytelnicy... im Was mniej na Facebooku... tym lepiej!

Ja FB mam, bo mam, bo wypada... bo się bawię marketingiem w internecie i dość dziwne byłyby aby nie miał... ale unikam tam jak ognia np. wchodzenia w sprawy osobiste, publikowania zdjęć rodziny...

...choć zdarzy mi się np. jakaś "publiczna" degustacja sushi... 


...w romantycznej scenerii...


...ale zero osobistych spraw na FB... zbytni ekshibicjonizm? nie dziękuję...

...i minimum taki osobisty bojkot Facebooka polecam Wam!

Hmm... jeśli Was i tak nie przekonałem i mimo wszystko nie dacie się odessać od Facebooka, no to z pewną taką nieśmiałością podaje Wam moje dane FB:
Oczywiście wcale nie namawiam do lajkowania i dołączenia, w końcu im Was tam mniej tym, na gruncie naszej minimalistycznej filozofii, lepiej... nieprawdaż ;-)

PS. Znalezione na fejsie;

Wiedziałem, że już go kiedyś gdzieś widziałem!

środa, 9 grudnia 2015

Wegetariański hot dog ;-)

Dziś zapraszam do kącika kulinarnego z wege hot-dogiem w roli głównej. Za bazę posłużyła klasyczna parówka sojowa znanej firmy na P., ale nie będziemy iść w komercję i ich specjalnie promować, zwłaszcza, że nie są tanie - koszt około 6,70 zł za 4 parówki zachęca raczej do kupienia tańszych, mięsnych parówek obok.

Wegetariańscy parówkożercy nie mają lekko!



Wegetariańskie parówki gotowałem około 15 minut, wtedy smakują znacznie lepiej, niż robione ekspresowo.

Parówki naprawdę pachną dobrze, co powinno skusić nawet zagorzałego mięsożercę (wszyscy wiemy, że tanie, byle jakie parówki mięsne potrafią zajeżdżać jak kalosze wujka Tadzia... nikt tak naprawdę nie wie jakie części zwierzaków do nich mielą)

Do tego jak widać na załączonym obrazku ser (załóżmy, że w wersji wege) i keczup. Jestem zwolennikiem pieczywa razowego, ale tym razem klasyczna biała bułka...



Bułka podpieczona w mikrofalówce, choć następnym razem uruchomię toster, by było prawie tak, jak na stacji benzynowej.

Nie jestem wegetarianinem, ale urozmaicam dietę potrawami jarskimi kiedy tylko mogę. Polecam spróbować ;-)


niedziela, 6 grudnia 2015

Wegetarianizm? Czy ryby to też zwierzęta?

Dzisiejszy wpis dedykuję walczącym wegetarianom w moim otoczeniu, którzy twierdzą. że ryba to nie zwierze i nie mięso. No, może ryba z hodowli to nie jest całkiem OK, ale ryba złowiona dziko, to już jest mniejsze zło dla wegetarianina.

Ja twierdzę,  że ryba to jednak zwierzę i mam mały pokaz slajdów dot. ryb...


To są moje pyszne. świeżo usmażone dzikie rybki...


O ile mi wiadomo z rzeki Odry....


....ładnie obtoczone przed smażeniem w mące...


...a jeszcze wcześniej w przyprawach...


...jednak zanim nastąpiła ta przyjemna faza kulinarna, było niestety zabijanie tych ryb i takiemu faktowi trudno zaprzeczyć. Te piękne tuszki nie wzięły się przecież z powietrza? No nie? No bo skąd się bierze np. ten gustowny plasterek tuńczyka w eleganckim sushi?

Przygotowywanie ryb to nic przyjemnego, ale ktoś musi zrobić co trzeba, aby domownicy mieli pyszny obiad.

Tak czy inaczej ryba to jak najbardziej żywe i czujące zwierzę, nie ważne, czy dzika, czy z hodowli... i dziś się o tym ponownie przekonałem.

(Następnym razem zrecenzuję Wam lepiej kotlety sojowe mojej roboty...)

piątek, 4 grudnia 2015

Jak naprawdę wygląda Święty Mikołaj?

Zastanawialiście się jak wygląda  Święty Mikołaj? Otóż wygląda tak. To jest przykładowy wizerunek  Świętego, jaki jeszcze dominował w okresie mojego dzieciństwa.


Można i nieco bardziej klasycznie:


Wizerunek otyłego, rubasznego dziada z czerwonym nosem, przypominający pana Mariana spod Żabki przebranego dla hecy w krasnoludka jest zupełnie nieprawidłowy a wziął się stąd...



Obecny popularny wizerunek – czerwony płaszcz i czapka – został spopularyzowany w 1930 roku przez koncern Coca-Cola, dzięki reklamie napoju, które  pomogła utrwalić w powszechnej świadomości ten kostium (...)  czerwona czapka z białym pomponem, stała się jednym z komercyjnych symboli świąt Bożego Narodzenia.


Współcześnie, ze względów komercyjnych, wizerunek św. Mikołaja jest używany przez handlowców, a okres wręczania prezentów rozciągnął się od imienin Mikołaja do Nowego Roku. Jako postać reklamowa św. Mikołaj jest popularny w okresie świątecznym także w krajach Azji, dokąd trafił z USA. Towarzyszy kończącym rok handlowym promocjom nawet w Chinach (...)


Także jeśli, tak samo jak mi, nie podoba Ci się agresywna komercjalizacja Świąt Bożego Narodzenia i sprowadzenie ich do nadmiernego picia, forsownego obżarstwa i rewii zakupoholizmu to "witaj w klubie".